Garść wypoczynku

Lepsza jest jedna garść wypoczynku niż dwie garści bogactw i pogoń za wiatrem.  

Ciekawe, że w innych tłumaczeniach tego fragmentu z 4 rozdziału Księgi Koheleta "wypoczynek" zastępuje się "pokojem", "wytchnieniem", a "bogactwa" - "pracą" i "trudem". Często bowiem w pogoni za komfortem i dobrobytem wpadamy w spiralę pracy zawodowej. Obiecane bogactwo staje się codzienną harówką - po to, by je zdobyć lub aby mieć na spłacanie długów. 

Zapisałem kiedyś krótką myśl: Trzymając w dłoni garść piasku nie będziesz w stanie zerwać kwiatu. Piasek, zawierający drobinki kwarcu, może być symbolem naszych bogactw, ale równie dobrze naszego codziennego "trudu". Trzeba mocno zaciskać rękę, aby nie zaczął wyciekać wąską strużką. Z kolei kwiat to symbol piękna, harmonii, spokoju. Żeby zerwać kwiat, w pełni cieszyć się życiem, trzeba mieć wolną rękę. Przynajmniej jedną...

W naszej zachłanności często trzymamy mocno zaciśnięte obie garście, w których zazdrośnie strzeżemy swoich zasobów. Zapominając, że nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia (Łk 12,15). Stres, lęk, panika, finansowe obawy związane są z gromadzeniem. Dzisiejszy świat ze swoim "więcej oznacza lepiej" przypomina ludzi obłąkanych, goniących za wiatrem. 

Wypuszczając z jednej ręki nasze bogactwa, uwalniając dłoń, odzyskujemy "sprawność", "funkcjonalność" naszego życia. Stajemy się bardziej wolni. Z jednej strony po to, aby mniej pracować i móc zerwać piękny kwiat: odpoczywać, spędzać więcej czasu z rodziną, robić to, co sprawia nam radość; z drugiej, by mieć możliwość niesienia pomocy innym...

Łatwo przeoczyć Święta

Łatwo przeoczyć Święta.
Zgubić ich istotę...

Wielkanoc to dla nas od dawna przede wszystkim Triduum Paschalne: udział w liturgii Wielkiego Czwartku, Wielkiego Piątku i Wielkiej Soboty. Cały "obrzędowy" wymiar świętowania, a więc to, co zaczyna się gdzieś rodzinnym śniadaniem wielkanocnym po niedzielnej Rezurekcji, to już tylko konsekwencja i jakby echo tajemnic, których mniej lub bardziej udolnie dotykaliśmy przez liturgiczne znaki w te trzy minione dni.

Jeżeli razem z Jezusem i Uczniami nie byliśmy w Wieczerniku, jeżeli nie staliśmy pod Krzyżem na Golgocie i jeżeli nie wsłuchiwaliśmy się ze świecą w ręku w przepiękne słowa Exsultetu, starożytnego orędzia paschalnego "o szczęśliwej winie, skoro ją zgładził tak wielki Odkupiciel!", istnieje spore ryzyko, że Święta staną się tylko kolejnym rodzinnym - niedzielnym lub poniedziałkowym - spotkaniem wokół suto zastawionego stołu. Może całkiem miłym, może niekiedy męczącym, ale w istocie czasem, który nie wniesie w nasze życie specjalnie niczego nowego. 

Święta, święta i po świętach?...

Zburzcie tę świątynię...

Zewsząd możemy usłyszeć reklamy: wielkanocne zajączki, kolorowe pisanki, baranki, palemki (made in China?), przedświąteczne zakupy. Czemu nie połączyć przygotowań z wiosennymi porządkami, kupnem zasłon, a może  nowego grilla w okazyjnej cenie? To najlepszy czas, żeby zupełnie zatracić sens tego, do czego przygotowywaliśmy się przez ostatnie 40 dni Wielkiego Postu. 

Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: Weźcie to stąd, a z domu mego Ojca nie róbcie targowiska! 

Nie róbmy z naszych domów targowiska. Postarajmy się wyciszyć, zatrzymać na tej ostatniej prostej. Bądźmy jak uczniowie z Jezusem. Dzielmy z Nim te ostatnie chwile. Niecha źródłem radości tych Świąt nie będzie tylko suto zastawiony stół, udany sernik czy pieczeń. 

Zburzcie tę świątynię, a w trzy dni ją odbuduję... On jednak mówił o świątyni swego ciała.
Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was?

Są tacy, którzy chcieliby zburzyć, a przynajmniej zbezcześcić, świątynię, którą jesteś. Sprawić, byś najlepiej do niej nie wchodził, żyjąc tym co na zewnątrz, zadowalając się tanią tandetą. Jest jednak Baranek: Ten, który odbudował świątynię swojego ciała w trzy dni. Mamy okazję przeżyć to ponownie w czasie najbliższego tygodnia.

Modlitwa kilku słów

"Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi..." 

Minimalizm w ilości używanych na modlitwie słów: "Panie, Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną!" 
Zawiera się w nich wszystko, co najważniejsze. Cała prawda o mnie i o Bogu...

Czy nie jest bowiem tak, że Bóg zna wszystkie nasze potrzeby, problemy, którymi żyjemy? "Wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie." Odpowiedzią zaś i zaspokojeniem wszystkich naszych potrzeb jest tak naprawdę On sam. 

W naszych przegadanych modlitwach odgradzamy się od Boga murem ze słów. Z kolei trudno trwać przed Nim na modlitwie w słownej próżni. 

"Ja śpię, lecz serce me czuwa" - mówi Oblubienica w Pieśni nad pieśniami. W modlitwie Jezusowej wchodzimy w ciszę, pozbywamy się wewnętrznego hałasu i zamętu, wyzwalamy się z troski o siebie oraz ze swoich krasomówczych i intelektualnych ambicji.

Warto spróbować. 

Analogowe życie


Żyjemy w epoce cyfrowej. Otaczają nas piksele naszych telefonów, monitorów, telewizorów, ulicznych reklam. Ładowanie komórki to codzienna rutyna niczym mycie zębów.

Niedawno wziąłem do ręki analogowy aparat (Smiena 8m) z zamiarem zrobienia kilku czarno-białych fotografii. Otwiera on katalog rzeczy zapomnianych, z epoki przedcyfrowej, do którego możemy zaliczyć choćby maszynę do pisania, wieczne pióro, winylową płytę i wiele innych przedmiotów. Świat, który rządził się innymi prawami. Nie do pomyślenia dla młodszej generacji życie bez telefonów komórkowych, komputerów i internetu.

Jestem zmęczony życiem cyfrowym z pierwszej połowy XXI wieku. Mam ochotę zaprotestować, przechodząc do analogowego podziemia na tyle, na ile to będzie możliwe:

Analogowa fotografia.
Analogowe kontakty na odległość (listy).
Analogowe zapisywanie - do zeszytu.
Analogowe spędzanie czasu - z wyłączonym komputerem i telefonem.
Analogowa rozmowa w cztery oczy.
Analogowa lektura papierowej książki przy tradycyjnej, analogowej żarówce.
Analogowa radość z poranków i wieczorów, niezakłócona, przeżyta w ciszy, z Bogiem.

Analogowe życie, które nie będzie tylko zestawem pikseli na ekranie. Tworzenie czegoś, czego nie da się odnaleźć za naciśnięciem klawisza enter w wyszukiwarce. Coś, czym nie pochwalę się na fejsbuku, bo nie na tym polega życie. Życie zwyczajne, by nie powiedzieć banalne, pozornie bez wartości, od którego uciekamy znużeni w świat cyfrowych wrażeń, a jednocześnie bezcenne, bo przepojone obecnością Boga, otwierające możliwość "zamaskowanej kontemplacji". Merton napisał, że "najprostszą i najskuteczniejszą drogą do świętości jest zniknąć wśród tła zwyczajnego, codziennego życia."

Czy w cyfrowym świecie takie zniknięcie i taka świętość są jeszcze w ogóle możliwe?

Dyktatura hałasu

"Pierwszym językiem Boga jest cisza” napisał św. Jana od Krzyża.

Kardynał Sarah w udzielonym nie tak dawno wywiadzie stwierdził: "Jesteśmy ofiarami powierzchowności, egoizmu i ducha światowego, które są rozpowszechniane w naszym społeczeństwie sterowanym przez media. Jesteśmy pochłonięci walką o wpływy, konfliktami międzyludzkimi, narcystycznym, próżnym aktywizmem. Bez wejścia w ciszę żyjemy w złudzeniu. Jedyną rzeczywistością, która zasługuje na uwagę, jest sam Bóg, a Bóg milczy. On czeka na nasze milczenie, aby objawić się nam. Odzyskanie poczucia ciszy jest zatem priorytetem, pilną koniecznością."

Czy czuję się dobrze w galeriach handlowych, sklepach?
Czy lubię bawić się komórką, pisać SMS-y, przeglądać bez potrzeby strony internetowe, oglądać filmiki?
Ile razy na dzień sprawdzam pocztę, zaglądam na portale społecznościowe?
Czy lubię często zabierać głos na forach internetowych?
Ile razy na dzień korzystam z portali informacyjnych, oglądam wiadomości?
Ile razy na dzień żyję wspomnieniami lub obrazami podsuwanymi przez wyobraźnię?
Czy zajmuję się wyszukiwaniem nowinek, żyję sprawami innych?

Zacytuję ponownie kardynała Sarah: "Nasz pracowity, technologiczny wiek uczynił nas jeszcze bardziej chorymi. Hałas stał się jak narkotyk, od którego współcześni ludzie są uzależnieni. Ze swoim odświętnym wyglądem, hałas jest jak wir, który odwodzi od spojrzenia sobie w twarz i konfrontacji z wewnętrzną pustką. Osiągnięcie wyciszenia jest walką i jest formą ascezy. Tak, trzeba odwagi, by uwolnić się od wszystkiego, co obciąża nasze życie, bo niczego tak bardzo nie kochamy jak wygląd, łatwość i pozory zewnętrzne. Wyrywany ze swojego wnętrza, przez swoją potrzebę wypowiedzenia wszystkiego, gadatliwy człowiek nie daje sobie rady, będąc daleko od Boga, niezdolny do jakiejkolwiek głębokiej, duchowej aktywności."

Kiedy abba Arseniusz przebywał jeszcze na dworze cesarskim, modlił się do Boga: „Panie, wskaż mi drogę zbawienia”. Usłyszał głos: „Arseniuszu, unikaj ludzi, a będziesz zbawiony”. Tenże, gdy stał się mnichem, znowu modlił się tymi samymi słowami. Usłyszał głos, który mówił doń: „Arseniuszu, uciekaj [od ludzi], wycisz się wewnętrznie. Są to bowiem korzenie bezgrzeszności”.

Adwent, a zaczęliśmy jego drugi tydzień, może być dobrym czasem walki o milczenie zarówno to zewnętrzne, jak i wewnętrzne: milczenie naszych komputerów, telewizorów i komórek, naszych warg i uszu, naszej wyobraźni i pamięci. Może być okresem dobrze pojętej ucieczki od ludzi i próbą zestrojenia naszego rozkołatanego wnętrza z Boskim językiem ciszy, która uzdrawia i przemienia.



Przy pisaniu korzystałem z poniższych źródeł:
Siła ciszy. Wywiad z kardynałem Sarah
Arseniusz, Boży uciekinier

Rozmiłowani w pochwałach

Ostatnio na wiacie przystanku zauważyłem interesujący plakat: Dwa kciuki  - uniesiony i opuszczony - w charakterystycznej dla fejsbukowego "lajka" grafice, a pod nim napis "To be or not to be".

Czy popularność Facebooka nie bierze się z tego, że w prosty i szybki sposób schlebia on ludzkiej próżności? Już św. Augustyn w "Wyznaniach" napisał: "Z tego zaś, co się mówi i czego się inni dowiadują o naszych czynach, wyłania się bardzo groźna pokusa rozmiłowania się w pochwałach - nawet wyżebrywania ich u ludzi  w celu osiągnięcia wywyższenia osobistego."  

Ile osób polubiło moje zdjęcie lub wypowiedź? Czemu tak często aktualizujemy zdjęcie w tle? Skąd pęd do publikowanie zdjęć sytuacji do tej pory zarezerwowanych dla ścisłego grona rodziny i przyjaciół? W przeszłości, aby zyskać uznanie innych, trzeba było wykazać się czymś naprawdę wyjątkowym. Obecnie do "wywyższenia osobistego" wystarczy zrobienie zdjęcia swojego posiłku lub wrzucenie na fejsa pierwszej lepszej myśli, która przychodzi do głowy.

"Pomaga więc do osiągnięcia pokoju nie nabycie lub materialne mnożenie jakiejkolwiek rzeczy, lecz raczej jej zlekceważenie i zupełne wyrzeczenie się. Dotyczy to nie tylko pieniędzy i bogactw, lecz także pogoni za zaszczytami i próżną chwałą; wszystko to wraz ze światem przemija. Wielka to mądrość nie chwiać się za lada powiewem słów i zamknąć uszy na zdradliwe podszepty pochlebcy; tylko tak pójdzie się bezpiecznie po zaczętej drodze." (Tomasz a Kempis, "O naśladowaniu Chrystusa").

Czasowe (np. w okresie zbliżającego się Adwentu) lub stałe zrezygnowanie z Facebooka jako forma milczenia to krok w kierunku większego wewnętrznego spokoju i wyciszenia, aby móc głębiej przeżywać to, co nas spotyka.


A o przeżywaniu Adwentu w naszej rodzinie możecie przeczytać na Drodze do prostego życia tutaj.

Rzeczy cenne, które pozostają...

Rodzą się pytania dotyczące ostatecznego sensu życia: gdzie szukam mojego bezpieczeństwa? W Panu, czy też w innych zabezpieczeniach, które nie podobają się Bogu? Gdzie zmierza moje życie, do czego kieruje się moje serce? Czy do Pana życia, czy też ku rzeczom, które mijają i nie zaspokajają?

Jezus nie chce straszyć, ale powiedzieć nam, że wszystko, co widzimy nieubłaganie mija. Nawet najbardziej potężne królestwa, najświętsze budynki i najbardziej stabilne rzeczywistości świata nie trwają wiecznie; prędzej czy później upadają.

Te czytania nasuwają się jako pewne „sito” pośród upływu naszego życia: przypominają nam, że prawie wszystko na tym świecie przemija, podobnie jak upływająca woda; ale są rzeczy cenne, które pozostają, jak cenny kamień w sicie. Co pozostaje, co jest wartością w życiu, jakie bogactwa nie zanikną? Z pewnością dwa: Pan i bliźni. To największe dobra, które trzeba umiłować. Wszystko inne - niebo, ziemia, najpiękniejsze rzeczy, nawet ta bazylika - przemija; ale nie możemy wykluczać z życia Boga i innych ludzi.

Kiedy zainteresowanie koncentruje się na rzeczach, które trzeba wytworzyć, a nie na osobach, które należy miłować, to mamy do czynienia z objawem sklerozy duchowej. W ten sposób rodzi się tragiczna sprzeczność naszych czasów: im bardziej zwiększają się postęp i możliwości, co jest dobrem, tym więcej jest tych, którzy nie mogą mieć do nich dostępu.

Tylko ten, komu czegoś brakuje i kto jest tego świadomy, potrafi patrzeć w górę i marzyć. Ten natomiast, kto ma wszystko, marzyć nie potrafi. Za Jezusem szli prości ludzie, bo marzyli, że On ich uzdrowi i im pomoże, że ich wyzwoli. Byli to ludzie, którzy mieli marzenia i pasje.

Niech Pan da nam patrzeć bez lęku na to, co się liczy, aby skierować serce do Niego i do naszych prawdziwych skarbów.


To fragmenty homilii i wystąpienia papieża Franciszka podczas Mszy św. w Bazylice św. Piotra dla społecznie wykluczonych, ubogich, bezdomnych i bezrobotnych z okazji Jubileuszu Miłosierdzia. Dobrze jest czasem wsłuchać się w głos papieża, który w kwestii naszego stosunku do rzeczy materialnych obdarzony jest szczególną wrażliwością...

Źródła: 
Niedziela

Polecam także wpis na kanwie orędzia papieża Franciszka: Odwaga umiarkowania.

Mała droga św. Teresy z Lisieux

Nie gońcie za wielkością, lecz niech was pociąga to, co pokorne - powiedział św. Paweł w Liście do Rzymian. Jezus nie domaga się wielkich czynów, lecz jedynie tego, by zdać się na Niego i być wdzięcznym - dopowiada św. Tereska. W wieku piętnastu lat wstępuje do Karmelu. Umiera w wieku raptem 24 lat. Pod koniec XX w. cicha karmelitanka zostaje najmłodszym Doktorem Kościoła, gdyż widocznie zna lekarstwo na współczesny niespokojny indywidualizm, który nie potrafi zaspokoić głębokich potrzeb naszej duszy.

W stosunku do dóbr duchowych często popełniamy te same błędy, co w przypadku dóbr materialnych. Wydaje nam się, że im więcej ich posiadamy, tym bardziej my sami i nasza wiara są więcej "warte". To może być gromadzenie duchowych ekstatycznych wrażeń, mnożenie uczynków, modlitw, aktywizm... Zaczynamy polegać na sobie i naszych "pełnych spichlerzach". Równie często próba stania się duchowym herosem bywa konfrontowana z naszą codzienną słabością. Gdyby jeszcze udało się pokonać tą czy inną skazę, bliznę, przypudrować niedoskonałości...

Jemu podoba się to, że kocham moją małość i ubóstwo, że pokładam ślepą nadzieję w Jego miłosierdziu... Oto mój jedyny skarb. Św. Tereska uczy swoistego minimalizmu duchowego nazwanego "dziecięctwem duchowym" czy "małą  drogą", który sam dla siebie traktuję jako drogowskaz i lekarstwo na pychę (która jak wiadomo umiera 5 minut po śmierci) i "religijny konsumpcjonizm".

 ...im jesteśmy słabsi, bez pragnień, cnót, tym bardziej jesteśmy gotowi na działanie tej Miłości, co pochłania i przemienia.... Wystarczy pragnąć stać się Jego ofiarą, lecz trzeba przy tym zgodzić się pozostać ubogim i bez sił, i to właśnie jest trudne, gdyż "Prawdziwie ubogiego duchem gdzie znajdziesz? Trzeba by go daleko szukać", powiada psalmista. Trzymajmy się więc z dala od tego, co błyszczy, kochajmy naszą małość, pozbawioną odczuć, wówczas będziemy ubogie w duchu i Jezus sam po nas przyjdzie. Tereska buduje duchowość opartą na pokorze. Pozostać zawsze dzieckiem, troskliwie żywić w sobie poczucie własnej małości i ufnej słabości, cieszyć się swoim ubóstwem i przedstawiać je Bogu z radością jako apel do Jego miłosierdzia.

Niepodobna mi stać się wielką, powinnam więc znosić się taką, jaką jestem, ze wszystkimi swymi niedoskonałościami; chcę jednak znaleźć sposób dostania się do Nieba, jakąś małą drogę, bardzo prostą i bardzo krótką, małą drogę zupełnie nową. Windą, która mnie wzniesie aż do nieba, są Twoje ramiona, Jezu! A w tym celu nie potrzebuję wcale  wzrastać, przeciwnie, trzeba bym pozostała małą i stawała  się coraz mniejszą.

Radujcie się!

Mijam w drodze do pracy reklamę z austriackim kurortem narciarskim podpisaną "Warto cieszyć się życiem". Słuszna uwaga. Jak dobrze, że nie muszę w tym celu nigdzie wyjeżdżać! Radość życia czerpię, jak energię z odnawialnego źródła, od  Tego, który mieszka w moim wnętrzu: A nie bądźcie przygnębieni, gdyż radość w Panu jest waszą ostoją (Ne 8,10).

Orędownikiem radości był św. Paweł, który mówił o sobie: Pełen jestem pociechy, opływam w radość w każdym ucisku (2 Kor 7,4). Ostatnio w Psalmie 27 odkryłem słowa: Złożę w Jego przybytku ofiary radości. Ciekawe, radość może być ofiarą. Łatwiej to zrozumieć w kontekście słów św. Pawła w Liście do Filipian: Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! (Flp 4,4). Zawsze, to znaczy kiedy?

Myślę o pięciu sytuacjach, kiedy możemy pielęgnować w sobie tą mniej oczywistą radość:

Radość w szarości zwykłego dnia (o co w listopadowej aurze nietrudno).

Radość z małych rzeczy (a tych nam nigdy nie zabraknie). Matka Teresa powiedziała, że nie trzeba robić wielkich rzeczy, wystarczą małe, ale czynione z wielką miłością. I to jest właśnie sposób, aby przynosiły nam one radość.

Radość w złości. Tak! Gniewajcie się,  a nie grzeszcie - powie św. Paweł. Mając w sobie wewnętrzną radość łatwiej zapanować nad sobą, by uczucie gniewu nie przerodziło się w destrukcyjną siłę (grzech).

Radość, gdy Bóg uzdrawia nasze życie. W niebie większa jest radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z 99 sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia.

Radość wśród trudnych doświadczeń. Tak, nawet wtedy, stosownie do słów z Listu św. Jakuba: Za pełną radość poczytujcie to sobie, bracia moi, ilekroć spadają na was różne doświadczenia. Wiedzcie, że to, co wystawia waszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość. Wytrwałość zaś winna być dziełem doskonałym, abyście byli doskonali, nienaganni, w niczym nie wykazując braków (Jk 1,2-4)

Pamiętajmy zatem o radości, bo: Radość serca wychodzi na zdrowie, duch przygnębiony wysusza kości (Prz 17,22). 

Kończę fragmentem "błogosławieństw" ks. Fedorowicza: Szczęśliwi, którzy potrafią śmiać się z samych siebie, będą mieli radość i zabawę przez całe życie.

(:

Między ciernie...

Są inni, którzy są zasiani między ciernie: to są ci, którzy słuchają wprawdzie słowa, lecz troski tego świata, ułuda bogactwa i inne żądze wciskają się i zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne.

W końcu na ziemię żyzną zostali posiani ci, którzy słuchają słowa, przyjmują je i wydają owoc: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny.
(Mk 4, 18;19)

Codzienne troski, ułuda bogactwa i inne żądze nieustannie wciskają się w naszą świadomość, zabiegają o nasze tu i teraz. Wystarczy chwila skupienia, zatrzymania się, modlitwy, aby usłyszeć nieustanny szmer głosów przelatujących przez nasz umysł. Natarczywy język reklam, różne nasze głody i niepokoje, niepowodzenia i zranienia to ciernie, które niepostrzeżenie mogą wyrosnąć i zagłuszyć Słowo, które nie wyda owocu.


Trzeba porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek zwodniczych żądz, odnawiać się duchem w waszym myśleniu.
(Ef  4,22;23)

Z całą pilnością strzeż swego serca, bo życie ma tam swoje źródło.
(Prz 4,23)


O przyjemności jedzenia

Choć podstawowe potrzeby człowieka (pożywienie, odzież, dach nad głową) są bardzo proste, to współczesne formy ich zaspokojenia już niestety nie. W dzisiejszych czasach zaspokojenie, przynajmniej w dobrze zaopatrzonych społeczeństwach Europy, potrzeb naszego ciała nie powinno przysparzać większych problemów. Mamy doskonałe warunki, aby jeść  w sposób nieskomplikowany tyle, ile nasz organizm potrzebuje. Okazuje się, że trudno nam na tym poprzestać. Podążanie za przyjemnością jedzenia, dzięki możliwości dogadzania sobie na wszelkie możliwe sposoby, stało się celem samym w sobie. Kultura poprzestania na tym, co konieczne z punktu widzenia potrzeb naszego ciała, ustąpiła kulturze sytości, nadmiaru, przerafinowania.

Wiąże się z tym nie tylko nieopanowanie w zakupach i jedzeniu, ale także przesadna koncentracja na różnego rodzaju dietach. Rozumiem ogólną dbałość o to, aby odżywiać się zdrowo, a także wymogi  określonej diety z powodów zdrowotnych. Wydaje mi się wszakże, że do sposobów jedzenia jako takiego przywiązuje się obecnie zbyt dużą wagę, czyniąc z diety, także zdrowej diety, rodzaj bożka. Ci jedzą same warzywa, tamci żywią się tłuszczem, a inni z kolei unikają nabiału. Człowiek poszukuje diety zapewniającej mu piękne ciało, zdrowie i długowieczność, bo ponoć możemy żyć i 150 lat. Koncentrujemy się na długim życiu, a nie na życiu dobrym.

Chrześcijański minimalizm w jedzeniu możemy kształtować na zdrowej równowadze, w której przewodnikiem może być św. Augustyn. Wskazuje on, aby pokarm traktować jako lekarstwo na udrękę głodu, a samą skłonność do nadmiaru powściągać "orężem postów".

"Lecz gdy z udręki głodu przechodzę do spokoju sytości, w tym momencie przejścia czyhają na mnie sidła łakomstwa. Bo samo to przechodzenie jest właśnie przyjemne. A nie może przejść inną drogą oprócz tej, którą wyznacza konieczność. Podczas więc gdy właściwym celem jedzenia i picia jest zachowanie zdrowia, dołącza się do tego dążenia - niby służka w orszaku - niewolna od niebezpieczeństwa przyjemność. I nieraz ona usiłuje się naprzód wysforować, aby stać się właściwym celem tego, o czym mówię, że czynię - albo nawet co chciałbym czynić - tylko ze względu na zdrowie. Przyjemność i zdrowie odmienne mają wymagania. Co wystarcza zdrowiu, tego dla przyjemności jest za mało. (..) Cugle tego pragnienia trzeba umiejętnie trzymać w rękach, to popuszczając je nieco, to skracając. A któż, o Panie, nie wysforuje się nieraz trochę poza granicę konieczności? (...) Takie pokusy co dzień staram się przezwyciężać i wzywam Twojej prawicy, aby mnie ocaliła, i Tobie przedstawiam me niepokoje. Bo przecież nikt nie może być powściągliwy, jeżeli Ty mu tego nie udzielisz."*



*Fragmenty "Wyznań" w tłumaczeniu Zygmunta Kubiaka.

Łaska głodu

Poniżej cytaty z lektury "Kromki chleba" Stefana Kardynała Wyszyńskiego:


Po to gromadzimy, abyśmy mieli co rozdawać.


Istnieje nie tylko łaska sytości, ale i łaska głodu, bo ona przywraca nam uczucie wdzięczności za chleb.


Stół, łyżka i miska nie mogą oddalić nas od Ojca niebieskiego i Jego dzieci, przeciwnie, mają nas zbliżyć do siebie tak, jak łamanie chleba otwierało oczy uczniów na Chrystusa. 




Dobro ponad dobrami

...oddzielić się od własnych dóbr, aby zachować swoje jedyne Dobro.

To zwrot użyty przez Piusa X podczas kryzysu we Francji, gdy chodziło o przyjęcie systemu państwowego, który zapewniał wiele korzyści, ale pozbawiał Kościół autonomii, lub też zrezygnowanie z tego rozwiązania i życie w ubóstwie; w takiej sytuacji Dobro stoi zawsze ponad dobrami. To jest miara, która ciągle pozostaje aktualna i musi być uwzględniona w każdej naszej decyzji...

Ale nie jest też tak, że można lekkomyślnie wyrzucać dobra, dopóki zachowują one swój służebny charakter. Trzeba pytać, w jakiej mierze jeszcze jakaś rzecz rzeczywiście służy całości. Nie może być nigdy tak, że jesteśmy poddani danej rzeczy i w konsekwencji poszczególne dobra są w stanie zawładnąć jednym Dobrem. Zawsze powinno być odwrotnie. 

Te cenne wg mnie słowa  odnalazłem w książce - wywiadzie Petera Seewalda z papieżem Benedyktem XVI "Światłość świata", w przekładzie Piotra Napiwodzkiego. Słowa, które możemy odnosić zarówno do Kościoła, jak i życia każdego z nas:  Dobro stoi zawsze ponad dobrami.


Odwaga umiarkowania

Z okazji trwających Światowych Dni Młodzieży kilka myśli papieża Franciszka z orędzia wygłoszonego w kwietniu 2014 r. "Błogosławieni ubodzy w duchu..." (Mt 5,3)


Kiedy poszukujemy sukcesu, przyjemności, egoistycznego posiadania i czynimy z tego bożki, możemy nawet doznawać chwilowego upojenia, fałszywego poczucia zaspokojenia, ale w końcu stajemy się niewolnikami, nigdy nie jesteśmy zadowoleni, jesteśmy pobudzani, by szukać coraz więcej.

Możecie więc mnie zapytać: jak konkretnie możemy sprawić, aby to ubóstwo ducha przekształciło się w styl życia, aby konkretnie wpływało na nasze życie? Odpowiem wam w trzech punktach.

1. Przede wszystkim starajcie się być wolni wobec rzeczy. Pan nas wzywa do życia ewangelicznego, naznaczonego umiarkowaniem, nieuleganiem kulturze konsumpcji. Chodzi o poszukiwanie tego, co najistotniejsze, nauczenie się ogołocenia z wielu tłumiących nas rzeczy powierzchownych i zbędnych. Zdystansujmy się od żądzy posiadania, od pieniądza najpierw traktowanego bałwochwalczo, a następnie marnowanego. Postawmy Jezusa na pierwszym miejscu. On nas może uwolnić od zniewalającego bałwochwalstwa. Pokładajcie ufność w Bogu, drodzy młodzi! On nas zna, kocha nas i nigdy o nas nie zapomina. Tak jak troszczy się o lilie polne (por. Mt 6,28) tak też nie pozwoli, aby czegokolwiek nam zabrakło. Również by przezwyciężyć kryzys gospodarczy, ludzie muszą być gotowi do zmiany stylu życia, do unikania wielu przypadków marnotrawstwa. Tak jak potrzebna jest odwaga szczęścia, tak też trzeba odwagi umiarkowania.

2. Po drugie, aby żyć tym błogosławieństwem wszyscy potrzebujemy nawrócenia w stosunku do ubogich. Musimy zatroszczyć się o nich, być wrażliwi na ich potrzeby duchowe i materialne. Wam, młodym, powierzam zwłaszcza zadanie, byście na nowo postawili solidarność w centrum ludzkiej kultury. W obliczu dawnych i nowych form ubóstwa — bezrobocia, emigracji, wielu różnego rodzaju uzależnień — mamy obowiązek być czujni i świadomi, przezwyciężając pokusę obojętności. Pomyślmy także o tych, którzy nie czują się kochani, nie mają nadziei na przyszłość, rezygnują z zaangażowania w życie, bo są zrażeni, rozczarowani, zastraszeni. Musimy nauczyć się przebywania z ubogimi. Nie wypełniajmy naszych ust pięknymi słowami o ubogich! Spotkajmy ich, spójrzmy im w oczy, wysłuchajmy ich. Ubodzy są dla nas konkretną okazją spotkania samego Chrystusa, dotknięcia Jego cierpiącego ciała.

3. Ale — i to jest trzeci punkt — ubodzy są nie tylko osobami, którym możemy coś dać. Również oni mają nam wiele do zaoferowania, aby nas nauczyć. Wiele może nas nauczyć mądrość ubogich! Pomyślcie, że jeden z świętych XVIII w., Benedykt Józef Labre, który spał w Rzymie na ulicy i żył z ofiar ludzi, stał się doradcą duchowym wielu osób, w tym szlachty i hierarchów. W pewnym sensie ubodzy są dla nas jakby nauczycielami. Uczą nas, że wartość osoby nie zależy od tego, ile posiada, ile ma na koncie w banku. Ubogi, osoba pozbawiona dóbr materialnych zawsze zachowuje swoją godność. Ubodzy mogą nas wiele nauczyć także o pokorze i ufności w Bogu. W przypowieści o faryzeuszu i celniku (Łk 18, 9-14) Jezus przedstawia celnika jako wzór, bo jest on pokorny i uznaje siebie za grzesznika. Także wdowa, która wrzuciła dwie drobne monety do skarbca świątyni jest przykładem ofiarności tych, którzy, chociaż mają niewiele lub nic, dają wszystko (Łk 21,1-4). 

Ewangeliczne ubóstwo jest podstawowym warunkiem, aby rozprzestrzeniało się królestwo Boże. Najpiękniejsze i najbardziej spontaniczne radości, jakie widziałem w czasie mojego życia, to radości ludzi ubogich, którzy mają niewiele rzeczy, do których są przywiązani. Ewangelizacja w naszych czasach będzie możliwa jedynie przez zarażanie radością.

Jak widzieliśmy, błogosławieństwo ubogich w duchu kształtuje naszą relację z Bogiem, z dobrami materialnymi i z ubogimi. W świetle przykładu i słów Jezusa dostrzegamy, jak bardzo potrzebujemy nawrócenia, aby nad logiką posiadania więcej przeważała logika bycia bardziej!


źródło

Zbytnie troski

Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy (Mt 6, 25-34).

Horyzont dnia dzisiejszego wydaje się rzeczywistością stworzoną na naszą miarę. Stąd wezwanie do tego, aby nie wybiegać zanadto w przyszłość - tą daleką, ale i tą całkiem bliską: dzień jutrzejszy. Trudno inaczej skupić się na tym, co aktualne. (O znaczeniu "dzisiaj" w modlitwie Ojcze nasz pisałem tutaj).

Chodzi nie o to, aby nie troszczyć się w ogóle, ale by nie troszczyć się "zbytnio" o zaspokojenie naszych podstawowych potrzeb: jedzenia, picia, odzieży. Uwalniający od tej przesadnej troski ma być kontekst zaufania w dobroć i opiekę Boga, który wie, czego potrzebujmy.

Nadmierne troszczenie się jest działaniem tyleż bezproduktywnym (Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia?), co szkodliwym. Na równi z ułudą bogactwa, zbytnie troski uniemożliwiają wydanie duchowego plonu: Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne (Mt 13,1-23). Przesadna troska potrafi całkowicie zawładnąć naszą uwagą, zagłuszyć Boży szept, skutecznie odwracając uwagę od spraw zasadniczych, a także od potencjalnych rozwiązań.

Ważna jest również hierarchia naszych zabiegów o codzienność, tak często zaburzona. Jezus nie mówi starajcie się o wasze potrzeby, a potem - jak będziecie mieli trochę czasu - o królestwo. Mówi: Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie chodzi o to, że nasze potrzeby nie są ważne, ale o to, aby w codziennym zaaferowaniu sprawami tego świata nie zapominać o pierwszeństwie sprawach duchowych.

Minimalizm to m.in. sztuka wprowadzania ładu w nasz sposób myślenia, porządkowania uczuć, pozbywania się nie tylko rzeczy materialnych, ale także emocjonalnego balastu, który jakże często zatruwa naszą codzienność i odpowiada za "życie utrudnione".

Nadmierna troska o przyszłość rozprasza siły i paraliżuje nasze działanie w teraźniejszości. Chodzi zaś o to, aby podejmować z ufnością to, co przynosi dany dzień. Św. Ignacy Loyola mówi: Tak Bogu ufaj, jakby wszystko od Niego zależało, a nic od ciebie. I tak się wysilaj, jakby wszystko od ciebie zależało, a nic od Boga. Ważne, by podejmować codzienne wysiłki bez popadania w bezproduktywny lęk o przyszłość, w perspektywie zaufania Bogu...

Przenosić górę

"Gdybyście mieli wiarę tak małą jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście górze, żeby się przesunęła i to się stanie” (por. Mt 17, 20).

Codziennie uczę się przesuwać górę.

O jaką górę chodzi zrozumiałem dzięki książce Bernarda Frugi "Isrikuz. Pogodne przywództwo.":

Na medytacji prowadzonej przez benedyktyńskiego mnicha bohater książki zobaczył baner "wiara góry przenosi". Zakonnik zapytał czy wiedzą, o co chodzi z wiarą, która przenosi góry. "Wiecie, co jest największą przeszkodą? Co jest zawalidrogą naszego rozwoju? Blokadą dobrych pomysłów? Tą górą, która stoi na naszej drodze, jest nasze ego. Dopiero jak usuniesz ego ze swojej drogi, pójdziesz do przodu. To nie jest łatwe. Ego domaga się dopieszczania. Zwraca na siebie uwagę i podpowiada, co masz robić. Trudno się z nim uporać. Jest na nie sposób: wiara góry przenosi." Jeśli ćwiczysz ducha, to Twoje ego coraz mniej przeszkadza i masz czysty umysł, by wymyślać rozwiązania i podejmować decyzje.

Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki! wołał Jan Chrzciciel.

Jakoś te dwa fragmenty Pisma ze sobą współgrają. Bo czy naszych ścieżek nie gmatwa właśnie ta góra naszego ego, którą musimy nieustannie obchodzić, kręcąc się w kółko za swoimi pragnieniami jak pies za ogonem?

Współczesny świat karmi nasze ego i rozdyma je do niebotycznych rozmiarów. Zasługujesz na wszystko, możesz wszystko, realizuj siebie. Łatwe prawo rozwodowe usunęło potrzebę pracy nad własnymi związkami; łatwe kredyty usunęły potrzebę finansowej samokontroli; łatwa rozrywka usunęła potrzebę uczenia się, jak organizować rozrywkę dla samego siebie; łatwe odpowiedzi usunęły potrzebę zadawania pytań...

Dla zmęczonych obchodzeniem gór własnego ego, Jezus formułuje zaproszenie: uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych.

O co chodzi w upraszczaniu życia

Panie, moje serce się nie pyszni
i oczy moje nie są wyniosłe.
Nie gonię za tym, co wielkie,
albo co przerasta moje siły. 
Przeciwnie: wprowadziłem ład
i spokój do mojej duszy...

Piękny psalm 131, który może być mottem chrześcijańskiego minimalizmu.

Jakże trudno zaspokoić pragnienia człowieka dzisiaj. Gonimy za pewną wizją szczęścia, sukcesu, samorealizacji. Zwykłe, codzienne życie, bez fajerwerków, nie przynosi nam zadowolenia. Tymczasem to właśnie ono jest miejscem skrojonym na naszą miarę, o ile realizujemy plan Tego, który wybrał nas przed założeniem świata.

Oczekujemy niezwykłości, ale niezwykłość (wyjątkowość) naszego życia możemy pojąć i zrealizować tylko w perspektywie naszego powołania, które nie będzie zapożyczone z kolorowego magazynu lub reklamy, podyktowane prądem mody, lecz będzie subtelnym odkrywaniem Bożych przeznaczeń. Uproszczenie życia to coś więcej niż zredukowanie liczby naszych zajęć, uporządkowanie szafy, posprzątania biurka. Chodzi o stanie się takim, jakim chciałby nas widzieć Bóg.

Przestać gonić za tym, co wielkie i co przerasta nasze siły. Zamienić logikę zdobywcy i konsumenta na umiejętność mądrej rezygnacji, poprzestania na małym i niewyszukanym. Nie gońcie za wielkością, lecz niech was pociąga to, co pokorne - nawołuje św. Paweł w liście do Rzymian. Mierzyć sukcesy dnia nie według tego, co zrobiłem, zdobyłem, osiągnąłem, jak świetnie się czuję, ale jak służyłem Bogu. To całkowita zmiana perspektywy owocująca odpoczynkiem od własnego nieustępliwego ego.



Na blogu Erem Maryi przeczytałem kiedyś dwa zdania ważne dla tego tematu:

Wola Boża jest jak najczystsze źródło. Gdy strumień naszych myśli i działań z niego wypływa, otrzymujemy gwarancję pełnej czystości i optymalnej użyteczności.

Na szczęście sens wszelkiego powołania polega na tym, że jest ono realizowane mocą, której Bóg udziela na drogę, do której zaprasza.

Drabina szczęścia

Kontynuacja poprzedniego wpisu. Siostra Emmanuelle w dalszej części swojej książki proces wewnętrznej transformacji oddaje plastycznie jako wznoszenie się po "drabinie szczęścia". Jego warunkiem jest pewne ogołocenie nazywane ubóstwem, dopiero bowiem w ubóstwie posiadania człowiek odkrywa bogactwo życia w więzi z innymi.

Początkowo s. Emmaneuelle charakteryzuje powab bogactwa, które w rzeczywistości nas zubaża. Cechuje je pogoń za dobrami materialnymi, niepohamowane poszukiwanie przyjemności i przesadne przywiązanie do ego. Inni tylko na tyle nas interesują, na ile możemy ich wykorzystać do własnych celów. Wskutek tego serce, stworzone do wzajemnej wymiany, do falowania więzi, staje się ociężałe i przytłoczone własnym ciężarem.

Na szczęście zdarza się, że dochodzi do ZWROTU, wydarzenia, w którym pojawia się pragnienie ogołocenia się z pożądań. Często chodzi o spotkanie z jakąś osobą, która potrafiła wznieść się ponad przyciąganie pieniądza i pozorów, dając pierwszeństwo wartościom społecznym, rodzinnym, ogólnoludzkim. Uderza w niej otwarcie na innych, dzielenie radości i zmartwień z tymi, którzy ich otaczają. A gdybym ja to mógł naśladować, zrobić w swym życiu ożywczy zwrot? 

Powoli wchodzimy w sferę przyciągania ubóstwa, które ubogaca. Od kiedy nasze spojrzenie nie koncentruje się wokół naszego pępka, przenosi się ono na innych ludzi. Egoistyczna brutalność, aby ciągle mieć więcej, przemienia się. Ręka już nie zaciska się na tyle, aby zatrzymać dla siebie i zjeść całe ciastko, lecz przeciwnie, otwiera się w geście dzielenia się z innymi. Nie ma już potrzeby gonić za przelotnymi bogactwami. Człowiek ubogi w złoto i w pieniądze, bogaty jest w relacje międzyludzkie. Ogołocony z pokusy zazdrości i pożądania, jest bogaty w szczęście życia.

Czyż w głębi duszy nie mamy niegasnącego pragnienia wzbogacenia się materialnego, intelektualnego lub duchowego? Dla wielu bogactwo finansowe wydaje się rogiem obfitości, automatem do dostarczenia wszelkich rodzajów szczęścia. U niektórych zdarza się, że czasami jakiś przebłysk rozdziera tę powierzchowną wizję. Wówczas spostrzegają, że obfitość przyjemności czyni ociężałym ich serce, gdy tymczasem świadoma zgoda na ogołocenie pozwala odetchnąć ich duszy. Czego poszukiwali i co znaleźli wszyscy ci, którzy wybrali ubóstwo? Chodzi za każdym razem o to, aby różnymi sposobami, poprzez ogołocenie materialne, ubogacenie duchowe, szczęście istnienia, osiągnąć ten szczyt.

Kiedy podsumowuję moją własną drogę i kiedy analizuję wspólne cechy osób, o których przygodzie skreśliłam kilka słów, przychodzi mi na myśl słowo kluczowe: WYZWOLENIE! Każdy z nas miał uczucie zerwania z pewnego rodzaju niewolnictwem, które mu nie pozwalało ujawnić tego, co było w nim najlepsze. Nie jest już zanurzony w społeczność, która mu narzuca, czego on nie podejrzewa, sposób życia, mówienia i myślenia. Nie jest już uzależniony od dominującego społecznego modelu, który mu dyktuje, jak ma się ubrać, zachowywać, bawić się, biorąc wzór z ludzi bogatych, pięknych i sławnych. Każdy ma pragnienie rozwoju własnej oryginalności poprzez osobisty rozkwit swej inteligencji, swej woli, swego serca. W przekraczaniu zatroskania o własne dobro, wybierając dobro wspólne, każdy doświadcza życiowego „plusa”.

Taedium vitae, zniechęcenie życiem, przekształca się w gaudium vitae, w radość życia. Człowiek nagi, uwolniony od bezużytecznych rzeczy, które go przygniatały, w końcu oddycha, łapie oddech i odnajduje swą pierwotną naturę. W istocie jest on tylko szczęśliwy, pozostając w prostych, harmonijnych, serdecznych relacjach z sobie podobnymi. W głębi swego wnętrza każdy człowiek odczuwa pragnienie. Jest ono w człowieku jak rozwarta otchłań. Linia podziału przebiega między tymi, którzy starają się ją wypełnić, zagarniając ją dla siebie, oraz tymi, którzy czynią z tej otchłani okazję do wyjścia poza siebie.

Problemem początkowym jest mieć właściwy osąd samego siebie. Czy to, do czego jestem najbardziej przywiązany, pozostawia, ostatecznie, uczucie pustki, braku, przemijalności? Czy oderwanie się od tego byłoby dla mnie osłabieniem lub raczej wyzwoleniem? Oto sedno sprawy. Czy muszę ogołocić się z pewnych przyjemności, z pewnych kontaktów, które w końcu są tylko jak szampan, który mnie rozwesela? Czy powinienem wybrać radość nie tak powierzchowną, którą daje głęboka przyjaźń, kiedy moje serce przepełnia poszukiwanie szczęścia dla innych? Czy mam kontynuować pogoń za pieniędzmi i przyjemnościami, czy raczej zrezygnować z ulotnej euforii, aby dać odpocznienie mej duszy w tym, co jej przywraca pokój? Od odpowiedzi na te pytania zależy wartość i sens mojego życia.

Bogactwo ubóstwa - ksiażka s. Emmanuelle

Wpadła mi w rękę niezwykła książka "Bogactwo ubóstwa" s. Emmanuelle (1908-2008), która 22 lata spędziła w slumsach Kairu. Czytam i na gorąco notuję, przekazując Wam w skrócie pełne mądrości, trafiające w sedno, przesłanie wsparte nie o górnolotne teorie, lecz wieloletnią praktykę ubogiego życia i obserwację ludzi ubogich.

Pierwsze rozdziały książki dotykają problemu ubóstwa i jego różnic pomiędzy bogatą Północą i biednym Południem. W drugiej części książki s. Emmanuelle opisuje swoją "drabinę do osiągnięcia szczęścia", utrzymując, że można być szczęśliwym i mieć się dobrze, będąc ubogim.

Pierwsze, co uderza s. Emmanuelle po powrocie do Francji, to ukryty brak zadowolenia wśród komfortu krajów bogatych, kontrastujący z prostą, promienną radością najuboższych. Czyżby ubóstwo było bogactwem dającym szczęście, a bogactwo było destrukcyjne? Czyż nie jest codziennym stwierdzeniem, że spotykamy częściej bogactwo serca powiązane z ubóstwem materialnym i odwrotnie, ubóstwo serca połączone z bogactwem materialnym? - pyta s. Emmanuelle.

Ubóstwo bogactwa polega na tym, że ile razy dłoń się zamyka, zaciska się zdecydowanie na wszystkim, co do niej należy. Ogarnia nas paniczny lęk: uwaga, żeby czegoś nie zgubić, żeby nie dać się okraść! Zdaniem siostry u źródeł problemu leży poczucie własności, które wprowadza nieufność wobec drugiego człowieka. Ogradzamy swoją ziemię i serce, zamykamy się w czterech ścianach. Kiedy człowiek gromadzi dobra materialne, traci zarazem prosty i serdeczny kontakt ze swym naturalnym otoczeniem. Pewien rodzaj bogactwa jest źródłem "pustynnienia": pojawia się samotność, rozpacz, głęboki brak bezpieczeństwa, pragnienie ucieczki.

Czyżby człowiek miał potrzebę uwolnienia się z tego nadmiaru, który go przeciąża, aby stanąć w prawdzie? Czy miałaby się ona odsłonić w pozbawieniu majątku, który go obciąża? Czy stan pierwotnego ukazania się człowieka w swej specyficznej ludzkiej naturze nie nazywa się "ubóstwem"? To ubóstwo - czyż nie jest oswobodzeniem od zbyt przygniatającego ciężaru? Ale uwaga! Nie jest ideałem poszukiwanie całkowitej nagości slumsu. Nie jest również ideałem tracenie całej swej energii na przesadne gromadzenie, powierzchowną inflację. Ideałem jest przede wszystkim cieszenie się po prostu tym, co się ma, i tym, kim się jest, bez porównywania się z innymi. Skoncentrowanie się na relacjach międzyludzkich. Mieć czas na bezinteresowną wymianę myśli, dzielić się serdecznie z tymi, którzy nas otaczają. Ten sposób życia jest wynurzeniem się życia i ono jest "bogactwem".

Dawanie i otrzymywanie całych ton miłości napełnia nas takim bogactwem, że reszta wydaje się tylko urojeniem. Przeżywanie każdej ulotnej chwili w harmonii ze swym otoczeniem wymaga jednak uczynienia  z siebie samego terenu dziewiczego, otwartego, wolnego od obciążenia egoistycznymi pragnieniami, które są w sprzeczności z wymarzonym, wzajemnym zrozumieniem. Ten dziewiczy teren to "ubóstwo serca". To miejsce, w którym człowiek jest nagi, ogołocony ze wszystkiego, co nie jest nim samym. Tu, u samego korzenia, odnajdujemy nieodpartą potrzebę istoty ludzkiej: posuwać się naprzód w łączności z innymi istotami ludzkimi.


Zewnętrzna obfitość blokuje wewnętrzne odprężenie, które nie jest powierzchowne, lecz wypływa z najbardziej głębokiej warstwy osobowości. Tak więc za cenę pewnego ogołocenia otwiera się droga do szczęścia. Ciąg przyjemności nie napełni serca. To jest błędne koło, które powoduje frustrację. Staramy się szukać zapomnienia w tym, co się nazywa wg Pascala "rozrywką", kiedy "dąży się do spokoju przez niepokój" (Myśli 139). Jeżeli nie jest to możliwe, czynimy otoczenie odpowiedzialnym za złe samopoczucie i zrywamy mosty.

Co mam powiedzieć każdemu? - pyta s. Emmanuelle. Wyzwól się z twego szalonego przywiązania do tylu rzeczy niepotrzebnych do szczęścia. Chodzi o ubóstwo ducha, o oderwanie się w poczuciu radości. Chodzi o to, by nie robić z komfortu ostatecznego celu naszej egzystencji, lecz aby otworzyć się na innych, dzielić się chętnie z nimi, umieć pogodnie obejść się bez takiego czy innego przedmiotu, bez jakiejś pięknej podróży. Doznajemy wtedy stanu ubóstwa ducha, uwalniamy się od pożądań. Trzeba w istocie umieć płynąc pod prąd, spokojnie, pozbywając się pozorów, aby dotrzeć do tego pierwotnego źródła, które stanowi o człowieku.

Dlaczego znowu i znowu gromadzić? Ubogi idzie przez życie beztrosko, nie kłopocząc się, co przyniesie kolejny dzień. On w pełni żyje chwilą obecną. Proste, niedostrzegane momenty życia, które tworzą konstelację jego dnia, przyjmuje z otwartym sercem.

W slumsie można by powiedzieć, że zrzucam skórę, nie ma więcej śladu mojego ego - nie doświadczam już "mieć", lecz "być". Jestem częścią ludzkości, z którą oddycham, jem i śpię, myślę i rozmawiam. Jestem uboga w materialne dobra i bogata w radosną i dzieloną z innymi witalność. Nie żyję już moim indywidualnym rytmem, z konieczności ograniczonym i zawężonym, lecz jakby rytmem natury człowieka.

Jak trudno jest nie pogrążyć się w materialnym bogactwie! Wyciąga ono swe uwodzicielskie ramiona, kusi ciągle nowymi przyjemnościami, czaruje i każe płonąć pragnieniem posiadania coraz więcej, nakłania do rozrywki. "Ja" staje się wówczas centrum świata. Odcięty od głębokiej relacji z bliźnim, człowiek ubożeje. Staje się mniej społeczny, mniej związany z grupą, ze wspólnotą.

"Błogosławieni ubodzy w duchu", nauczał Jezus Chrystus. Tak. SZCZĘŚLIWY ten, który się ogałaca, który pozwala, aby się w nim ukazał człowiek prawdziwy, człowiek nagi, człowiek braterski, człowiek, którego największym dobrem są jego relacje z innymi. Życzę ci, przyjacielu, czytelniku, abyś dołączył do bractwa błogosławionych, tych, którzy nie wierzą w to, że ich tożsamość jest zbudowana na materialnych, duchowych, intelektualnych bogactwach, lecz na bogactwie ich przymierzy.

Do pobrania