Przejdź do głównej zawartości

Chleba powszedniego...

Witajcie. Drodzy, tym skromnym wpisem zaczynam prowadzenie bloga Chrześcijański minimalizm. Zmieni się w nim pewnie jeszcze wiele, ale liczę na wasze dobre podpowiedzi o czym i jak pisać. Będę dbał o dobrą atmosferę tego miejsca. Z góry uprzedzam, że komentarze będą moderowane, nie chcę bezowocnych dyskusji. Zapraszam do czytania!


W Księdze Wyjścia Bóg, litując się nad Izraelitami wędrującymi przez pustynię, zapewnił im pokarm w postaci przepiórek i manny. Zasadą było, że jedzenie zbierano codziennie i według potrzeby.

Nie można było także zostawiać jedzenia na dzień jutrzejszy (z wyjątkiem szabatu jako dnia wolnego). Niektórzy zostawiali jedzenie na następny dzień, ale wówczas ulegało ono zepsuciu. Dlaczego? Bo dla Boga takie odkładanie na potem było oznaką braku zaufania.

Są to według mnie dwa zasadnicze kryteria – codziennie, a nie na zapas i kierując się swoimi potrzebami. Unikniemy wtedy marnotrawstwa i polegania na zapasach, a więc na własnych siłach. Dla sytych i zabezpieczonych Bóg staje się niepotrzebny i zapomniany.

Dlatego w modlitwie Ojcze nasz modlimy się "chleba powszedniego daj nam dzisiaj". Dzisiaj, a nie jutro. Chleba powszedniego, a więc czegoś, co zaspokoi nasze elementarne potrzeby. Chrześcijanin odmawiając Ojcze nasz modli się nie o bogactwo i powodzenie, lecz o „chleb powszedni”, a więc coś podstawowego, a zarazem niewyszukanego.

Prostota to równowaga polegająca na zaspokojeniu niezbędnych i aktualnych potrzeb. Znaczenie tej równowagi w posiadaniu dóbr dobrze oddaje modlitwa zapisana w Księdze Przysłów (30,8-9): ...nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty nie stał się niewiernym, nie rzekł: A któż jest Pan? lub z biedy nie począł kraść i imię mego Boga znieważać.

Komentarze

  1. Dla mnie to poważny problem :(
    Niestety pieniądze są jedną z rzeczy, które spędzają mi sen z powiek. Z jednej strony jestem bardzo wierząca i zaangażowana w życie Kościoła (także w służbę innym ludziom), a z drugiej mam spore oszczędności (gromadzone głównie z myślą, że będą dla mnie zabezpieczeniem na starość, bo na ZUS nie mam co liczyć) i niepokój w duszy, że te moje zgromadzone pieniądze mówią o mnie więcej niż to jak żyję i co robię, że są właśnie oznaką braku zaufania do Boga. Radziłam się stałego spowiednika, ale wiadomo że nic mi nie nakazał (ani żeby coś robić, ani nie robić) i sama muszę podjąć jakąś decyzję. Wiem, że mogłabym dobrze wykorzystać moje oszczędności, ale jednak nie mam odwagi zaryzykować i się ich pozbyć. :(

    PS. Cieszę się, że powstaje ten blog. Będę tu systematycznie zaglądać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę jeszcze wiele razy pisał o roli naszych pieniędzy i pojednaniu finansowym z Bogiem. Póki co oszczędności się nie pozbywaj :) Pozdrawiam

      Usuń
    2. Nie nie, na razie niczego się nie pozbywam ;-) Na razie jestem na etapie tłumaczenia sobie, że posiadanie tych oszczędności jest darem od Boga i zgodne z Jego wolą, ale obawiam się, że to tylko takie racjonalizowanie. ;-)

      Usuń
  2. Cieszę sie, że powstał taki blog, będę tutaj często przebywać :)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Idź, sprzedaj wszystko, co masz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie", powiedział Jezus do młodzieńca... I tyle w temacie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimie, wiemy co Jezus powiedział do młodzieńca. Sztuką jest dowiedzieć się, co mówi do każdego z nas z osobna. To dopiero jest temat :-).

      Usuń
    2. A jaki wymiar praktyczny ma dla Ciebie to, co zacytowałeś?
      Przyznam, że w swoim życiu poznałem osobiście tylko jednego człowieka, która literalnie odebrał to zalecenie Jezusa z Nazaretu.
      Opowiadał mi, że bardzo walczył ze sobą zanim wszystko spieniężył, a uzyskane pieniadze wrzucił w kościele do szkatuły dla ubogich. Strachu aż po pachy, a nawet wyżej jak to stwierdził...
      A jednak okazał sie bardzo szybko, że to co naprawdę było mu niezbędne do życia, bardzo szybko i w "bardzo dziwny" sposób odzyskał...
      Od tego czasu (a minęło z górą 30 lat od tego wydarzenia) po prostu ufa...
      Zdarza sie, że bywa głodny, ale ufa...
      I jest pełen pogody ducha.

      Usuń
  4. Fajnie że powstał taki blog - będę tu zaglądał.

    OdpowiedzUsuń
  5. Lepiej mieć mniej, wtedy nie masz człowieku takich dylematów... nie zabiegać o dobra tego świata. Tak trudno przyjąć to do wiadomości, zwłaszcza jeśli ma się dzieci...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zawsze ma się więcej, bo się o to celowo zabiega. Czasami się po prostu ma, choć w zasadzie nie wiadomo dlaczego.
      A mieć więcej wcale nie jest czymś złym, bo można wtedy pomóc temu który ma mniej. Rzecz w tym, żeby w sytuacji gdy się ma więcej wyważyć ile można rozdać, a ile można zostawić (zaoszczędzić).

      Usuń
    2. Dokładnie: "Bogatym na tym świecie nakazuj, by nie byli wyniośli, nie pokładali nadziei w niepewności bogactwa, lecz w Bogu, który nam wszystkiego obficie udziela do używania, niech czynią dobrze, bogacą się w dobre czyny, niech będą hojni, uspołecznieni, odkładając do skarbca dla siebie samych dobrą podstawę na przyszłość, aby osiągnęli prawdziwe życie" (1 Tm 6,17-19) (:

      Usuń
    3. Jeszcze fragment czytania z dzisiejszego dnia, które się wpisuje w dyskusję: "My także winniśmy oddać życie za braci. Jeśliby ktoś posiadał majętność tego świata i widział, że brat jego cierpi niedostatek, a zamknął przed nim swe serce, jak może trwać w nim miłość Boga? Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą!" Mocne słowa!

      Usuń
    4. Można jeszcze dodać, że nie wszyscy mamy wszystko i jest to celowym zamysłem Boga. Odnosi się to zarówno do talentów, jak i do rzeczy materialnych. A rzeczy materialne są dobre, bo wszystko co Bóg stworzył jest dobre, jedynie my - po grzechu pierworodnym - często je źle wykorzystujemy. Jeden ma zdolności w jednym kierunku, drugi w innym, trzeci ma kasę. Cała rzecz w tym, żebyśmy się tym wszystkim umieli wymieniać, dzielić, cieszyć z tego czego nie mamy, a co ma drugi i służyć mu tym czego z kolei on nie ma. Dzięki temu nikt nie jest samowystarczalny, tylko potrzebujemy się nawzajem. Chrześcijanie to nie jakieś samotne monady, tylko ludzie w relacjach ze sobą. Tak jak Bóg jest Trójcą i Osoby Boskie są w ciągłej relacji ze sobą, tak i my mamy być ze sobą w relacjach.

      Usuń
  6. To jak znaleźć ten złoty środek - między tym co można sobie zostawić, a co trzeba rozdać?
    Mnie tam nadal zastanawia fakt, czy oszczędzanie choćby grosza na potem to już nie jest pokazanie, że tak naprawdę nie ufam Bogu...

    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem nie jest pokazaniem, że się nie ufa Bogu: (...)"niech będą hojni, uspołecznieni, odkładając do skarbca dla siebie samych dobrą podstawę na przyszłość, aby osiągnęli prawdziwe życie" (1 Tm 6,17-19)
      Pieniądze same w sobie nie są złę i bogaci też nie są zmarginalizowani w Kościele jakby się mogło wydawać. Ważne co robimy z pieniędzmi. A oszczędzanie - dobrze mieć oszczędności. Gorzej z kredytem - bo o tym Biblia mówi negatywnie.

      Usuń
  7. Dziękuję bardzo za tego bloga. Na pewno będę czytać regularnie.
    Od dawna już regularnie czytam Drogę do prostego życia, dzięki jednemu z wpisów na tamtym blogu od jakiegoś czasu regularnie oddajemy dziesięcinę co miesiąc na potrzeby Kościoła. Ze względu na nasze dochody kwota jest dość znacząca, ale co ciekawe odkąd zaczęliśmy uiszczać dziesięcinę nasze oszczędności narastają dużo szybciej niz dawniej a każdemu przelewowi ( najczęściej wybieramy jakieś dzieła misyjne albo Caritas ) towarzyszy wielka radość. To niesamowite że mając wydać kilkadziesiąt złotych w sklepie zawsze się długo zastanawiam czy to potrzebne a przelew na 1000 złotych na misje wykonuje z radością. Zastanawia mnie tylko czy te 10% to jest wystarczające, bo w sumie jest to tylko spełniony biblijny nakaz oddania tego co się Bogu należy a już nic nie dajemy od siebie...
    Oszczędności mam bo mając dzieci zawsze człowiek jednak ma myślenie żeby im przyszłość materialnie jakoś zabezpieczyć na wypadek naszej z mężem śmierci czy choroby, ale może to też brak ufności w Bożą opiekę...
    Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miły komentarz. My także dajemy dziesięcinę od zeszłego roku, będę o tym jeszcze pisać. Rzeczywiście czym innym jest dzielenie finansowe (dobroczynność), którą staramy się rozwijać mając świadomość, że dziesięcina to dopiero początek. Jak to ktoś już zauważył gromadzenie oszczędności nie jest złe, w przypadku rodziny to elementarna roztropność (której Bóg też błogosławi), jeśli zachowujemy właściwe proporcje między dawaniem i gromadzeniem. Jakie? - to już pytanie do każdego z osobna.

      Usuń
  8. Ja mam jeszcze jedną wątpliwość odnośnie dobroczynności wyrażającej się jedynie w ofiarach pieniężnych. Ponieważ moja sytuacja finansowa jest dość dobra te ofiary nie są dla mnie dużym wyrzeczeniem , natomiast problem mam z ofiarowaniem potrzebującym, czy samotnym swojego czasu, uwagi, pomocy w formie czynów i się zastanawiam czy w tym przypadku ofiary pieniężne to nie jest jedynie kupowanie sobie spokoju sumienia. Boję się jednak że może być to jak w liście św.Pawła do Koryntian "choćbyś cały majątek rozdał ubogim a miłości byś nie miał nic byś nie zyskał"...to myśle że jest też pole do pracy nad sobą, ofiarowywać to co trudniejsze
    Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo cenna uwaga.
      Być może Twoje ofiary pieniężne są za małe, dlatego nic Cię nie kosztują? Zawsze możesz sprawić, że będą Cię trochę więcej kosztowały, nie ma górnego limitu (: Co do zaangażowania czasowego, można powiedzieć, że "to należało czynić, i tamtego nie opuszczać." Czasem jesteśmy w takim miejscu, że nie mamy czasu na jakieś zaangażowanie w dzieła miłosierdzia, ale możemy je finansować. Z drugiej strony trzeba być otwartym na zaproszenia, okazje, by dzielić się swoim czasem w jakiejś służbie. Można się zaangażować w szlachetną paczkę albo prace porządkowo-ogrodnicze w parafii, działają różne stowarzyszenia i fundacje dobroczynne, caritas, wolontariat...

      Usuń
  9. Aga - miałam podobne myśli. Dziesięciny co prawda jeszcze nie oddajemy, na razie przymierzamy się do tego, ale od kilku miesięcy robimy przelewy dla potrzebujących. W Święta więcej o tym rozmyślałam i modliłam się i poczułam, że trzeba odpowiedzieć na wezwanie do miłosierdzia. Zrobiłam coś, co kiedyś by mi nawet nie przyszło przez myśl. Było ciężkie do wykonania, ale czułam, że właśnie tak pokażę, że kocham Jezusa. Zadzwoniłam do ojca, który porzucił mnie, gdy byłam małą dziewczynką. Pierwszy raz w życiu.
    Co do dziesięciny - skoro można Waszym zdaniem robić oszczędności, to jak obliczyć dziesięcinę? Nie chcę być taka obliczona, ale jakoś się trzeba trzymać czegoś. No chyba że dziesięcina jest umowna, powinniśmy nie liczyć złotówek oddawanych na potrzebujących, a po prostu być hojnymi jak tylko to jest możliwe? Mamy kredyt, odkładać dla siebie nie odkładamy, ale co miesiąc staramy się wykonać jakiś przelew.
    Pani_X
    P.S. Dzięki za prowadzenie tego bloga, jesteście potrzebni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moim mniemaniu dziesięcina to 10% dochodu brutto, więc oszczędności, czy ich brak nie mają tu wiele do rzeczy. Ale nie wiem czy dobrze myślę.
      Na temat dziesięciny chętnie coś poczytam, bo temat jest ciekawy i przyznam, że nie do końca przeze mnie ogarnięty. Jaka powinna być dziesięcina i na co przeznaczana? Spotkałam się z najróżniejszymi opiniami, w tym takimi, że dziesięcina to powinna być konkretna kwota, którą najlepiej od razu po wypłacie przeznaczy się na potrzeby Kościoła, które były rozumiane bardzo wąsko jako potrzeby całej wspólnoty, a nie np. jakiejś biednej rodziny w parafii.
      Ja sama wspieram różne cele. Zarówno zbiórki do puszek na różne cele charytatywne, ale także ubogich. Przy czym według mnie ubodzy to nie tylko ci, którzy nie mają co jeść, czy w co się ubrać, ale też np. ubodzy duchowo, czyli osoby do których należy dotrzeć z dobrym słowem o Chrystusie, zachęcić do głębszej wiary, itp. Na to wszystko oddaję zazwyczaj więcej niż 10%, ale gdyby się ktoś mnie zapytał czy daję dziesięcinę, to bym powiedziała, że nie. No właśnie: daję, czy nie daję?
      Liczę, że będę mogła się tego tutaj dowiedzieć.

      Usuń
    2. O dziesięcinie będzie jeszcze mowa. Ale na pewno jest to 10% dochodów z jakichkolwiek źródeł (pensja, darowizna, sprzedaż mieszkania, dochody z oszczędności). Oddaje się ją na początku jako "pierwociny", czyli pierwszy przelew jako wyraz zaufania Bogu i postawienia go na pierwszym miejscu, a nie np. po zrobieniu opłat i pokryciu wydatków. Zasadniczo dziesięciny nie dajemy na biednych i potrzebujących, ale na dzieła Kościoła - parafię, zgromadzenia zakonne, działalność misyjną. Czym innym od dziesięciny jest nasza dobroczynność, czyli to co dajemy biednym i do puszek na cele charytatywne. Często proponuje się podział naszych dochodów 10+10+80 - dziesięcina, odkładanie (oszczędności) i bieżące wydatki (tu także miejsce na dobroczynność). Były pytania o duże oszczędności - co wtedy? Myślę, że nie zaszkodzi uczcić Boga, przeznaczając 10% oszczędności na jakiś cel związany z kościołem. To tyle w telegraficznym skrócie (:

      Usuń

Prześlij komentarz

UWAGA: Komentarze są moderowane, więc na ich pojawienie się trzeba czasem poczekać :) Mile widziany PODPIS pod komentarzem. Nie publikuję wypowiedzi zawierających LINKI REKLAMOWE. Ani takich, które nie licują z tematyką bloga.

Popularne posty z tego bloga

Radość nieposiadania

Więcej jest radości z dawania niż z brania. (Dz 20,35)

Więcej jest radości z wyzbywania się niż z gromadzenia.
Więcej jest radości z zaufania niż zabezpieczania.
Więcej jest radości z dzielenia się niż zagarniania i zazdrosnego strzeżenia.

Miłość nie szuka swego. Szuka ubóstwa i pragnie oddać wszystko, czego nie potrzebuje. A nawet to, czego potrzebuje...

Trudno przezwyciężyć ociężałość sytości. Nieznośny letarg dni. Zapętlone ścieżki własnego ego. Zaryzykować pozorną w istocie utratę.

Odszedł zasmucony, miał bowiem wiele bogactw. (Mk 10,22)

A co będzie z nami?

Większość moich kłopotów...

Większość moich kłopotów płynie z pewnego subtelnego braku ubóstwa. Chciałbym zagarnąć zbyt wiele: zwłaszcza zbyt wiele książek, wyżywam się w moich apetytach posiadania i gromadzenia...

Utworzyłeś moją duszę dla Twojego milczenia, a rozdarta jest hałasem mojej działalności i moich pragnień. 

Ocal mnie od mojej własnej, trującej potrzeby zmieniania wszystkiego wokół, od niemądrego działania, od poruszania się dla samego ruchu, przeinaczania wszystkiego, co Ty zarządziłeś.

Żyć nie rozpychając się ze swoimi upodobaniami, pragnieniami czy projektami i nie dając zbijać się z nóg prądowi naturalnej aktywności, która całym rozpędem płynie przez świat. 


Jakże bliskie mi cytaty pochodzą ze "Znaku Jonasza" Tomasza Mertona.

Ważniejsi niż wróble

Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. (Łk 12,7)

Jest w nas zachłanność dóbr duchowych. Nieumiarkowanie duszy. Łapczywość smaków niebieskich. Pożądanie wzlotów i łask szczególnych. Lubimy duchowe siłownie, ekstremalne drogi krzyżowe, wielotysięczne zloty i spektakularne uzdrowienia.
A może Bóg wybrał dla mnie ciszę i milczenie, ubóstwo środków, odstawienie na boczny tor, szarą rzeczywistość, posuchę duchową, ciągle tą samą walkę ze słabościami i bezsilność?

Może Jego moc ma doskonalić się w mojej słabości? A gliniane naczynie, w którym przechowujemy skarb, ma pozostać glinianym, popękanym naczyniem, które nieustannie On skleja.

Nie bądźmy śmieszni ze swoją manią wielkości i znaczenia.
Jesteśmy ważniejsi niż wiele wróbli. I niech tak zostanie.

Ze św. Jana od Krzyża:

Gdy się uwolnisz od rzeczy zewnętrznych, wyzujesz z duchowych - nie będziesz uważała za własność swoją łask Bożych, nie usidli cię pomyślność, ani przeciwieństwa nie skrępują ci lotu.

Wielkim złem jest uważ…

O korzyściach płynących z zadłużenia

Posiadanie długów nie jest sytuacją komfortową. Czasem z konieczności, jak np. w przypadku kredytów hipotecznych na własne mieszkanie, bardzo często na własne życzenie - większość z nas jest w mniejszym lub większym stopniu zadłużona. Wskazanie z Listu do Rzymian "Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością" to rozwiązanie idealne, niestety rzeczywistość w tym temacie jest zupełnie inna.

Oczywiście nikogo nie namawiam do zadłużania się! Przeciwnie, sami staramy się nadpłacać nasz kredyt i nie wchodzić w nowe długi, mając nadzieję, że kiedyś nie będziemy ich mieli.

Co jednak zrobić, gdy długi już mamy i zabierają nam jakiś, często niemiały, procent naszych dochodów? Czy można zmienić stosunek do zadłużenia, może nie tyle je polubić, co wyciągnąć z tego faktu jakieś duchowe korzyści?

1. Konieczność systematycznej spłaty zadłużenia sprawia, że jesteśmy bardziej roztropni i rozważni w bieżących wydatkach, nasz domowy budżet z konieczności jest bardziej przemyślany.

2…