27 lipca 2016

Odwaga umiarkowania

Z okazji trwających Światowych Dni Młodzieży kilka myśli papieża Franciszka z orędzia wygłoszonego w kwietniu 2014 r. "Błogosławieni ubodzy w duchu..." (Mt 5,3)


Kiedy poszukujemy sukcesu, przyjemności, egoistycznego posiadania i czynimy z tego bożki, możemy nawet doznawać chwilowego upojenia, fałszywego poczucia zaspokojenia, ale w końcu stajemy się niewolnikami, nigdy nie jesteśmy zadowoleni, jesteśmy pobudzani, by szukać coraz więcej.

Możecie więc mnie zapytać: jak konkretnie możemy sprawić, aby to ubóstwo ducha przekształciło się w styl życia, aby konkretnie wpływało na nasze życie? Odpowiem wam w trzech punktach.

1. Przede wszystkim starajcie się być wolni wobec rzeczy. Pan nas wzywa do życia ewangelicznego, naznaczonego umiarkowaniem, nieuleganiem kulturze konsumpcji. Chodzi o poszukiwanie tego, co najistotniejsze, nauczenie się ogołocenia z wielu tłumiących nas rzeczy powierzchownych i zbędnych. Zdystansujmy się od żądzy posiadania, od pieniądza najpierw traktowanego bałwochwalczo, a następnie marnowanego. Postawmy Jezusa na pierwszym miejscu. On nas może uwolnić od zniewalającego bałwochwalstwa. Pokładajcie ufność w Bogu, drodzy młodzi! On nas zna, kocha nas i nigdy o nas nie zapomina. Tak jak troszczy się o lilie polne (por. Mt 6,28) tak też nie pozwoli, aby czegokolwiek nam zabrakło. Również by przezwyciężyć kryzys gospodarczy, ludzie muszą być gotowi do zmiany stylu życia, do unikania wielu przypadków marnotrawstwa. Tak jak potrzebna jest odwaga szczęścia, tak też trzeba odwagi umiarkowania.

2. Po drugie, aby żyć tym błogosławieństwem wszyscy potrzebujemy nawrócenia w stosunku do ubogich. Musimy zatroszczyć się o nich, być wrażliwi na ich potrzeby duchowe i materialne. Wam, młodym, powierzam zwłaszcza zadanie, byście na nowo postawili solidarność w centrum ludzkiej kultury. W obliczu dawnych i nowych form ubóstwa — bezrobocia, emigracji, wielu różnego rodzaju uzależnień — mamy obowiązek być czujni i świadomi, przezwyciężając pokusę obojętności. Pomyślmy także o tych, którzy nie czują się kochani, nie mają nadziei na przyszłość, rezygnują z zaangażowania w życie, bo są zrażeni, rozczarowani, zastraszeni. Musimy nauczyć się przebywania z ubogimi. Nie wypełniajmy naszych ust pięknymi słowami o ubogich! Spotkajmy ich, spójrzmy im w oczy, wysłuchajmy ich. Ubodzy są dla nas konkretną okazją spotkania samego Chrystusa, dotknięcia Jego cierpiącego ciała.

3. Ale — i to jest trzeci punkt — ubodzy są nie tylko osobami, którym możemy coś dać. Również oni mają nam wiele do zaoferowania, aby nas nauczyć. Wiele może nas nauczyć mądrość ubogich! Pomyślcie, że jeden z świętych XVIII w., Benedykt Józef Labre, który spał w Rzymie na ulicy i żył z ofiar ludzi, stał się doradcą duchowym wielu osób, w tym szlachty i hierarchów. W pewnym sensie ubodzy są dla nas jakby nauczycielami. Uczą nas, że wartość osoby nie zależy od tego, ile posiada, ile ma na koncie w banku. Ubogi, osoba pozbawiona dóbr materialnych zawsze zachowuje swoją godność. Ubodzy mogą nas wiele nauczyć także o pokorze i ufności w Bogu. W przypowieści o faryzeuszu i celniku (Łk 18, 9-14) Jezus przedstawia celnika jako wzór, bo jest on pokorny i uznaje siebie za grzesznika. Także wdowa, która wrzuciła dwie drobne monety do skarbca świątyni jest przykładem ofiarności tych, którzy, chociaż mają niewiele lub nic, dają wszystko (Łk 21,1-4). 

Ewangeliczne ubóstwo jest podstawowym warunkiem, aby rozprzestrzeniało się królestwo Boże. Najpiękniejsze i najbardziej spontaniczne radości, jakie widziałem w czasie mojego życia, to radości ludzi ubogich, którzy mają niewiele rzeczy, do których są przywiązani. Ewangelizacja w naszych czasach będzie możliwa jedynie przez zarażanie radością.

Jak widzieliśmy, błogosławieństwo ubogich w duchu kształtuje naszą relację z Bogiem, z dobrami materialnymi i z ubogimi. W świetle przykładu i słów Jezusa dostrzegamy, jak bardzo potrzebujemy nawrócenia, aby nad logiką posiadania więcej przeważała logika bycia bardziej!


źródło

22 lipca 2016

Zbytnie troski

Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy (Mt 6, 25-34).

Horyzont dnia dzisiejszego wydaje się rzeczywistością stworzoną na naszą miarę. Stąd wezwanie do tego, aby nie wybiegać zanadto w przyszłość - tą daleką, ale i tą całkiem bliską: dzień jutrzejszy. Trudno inaczej skupić się na tym, co aktualne. (O znaczeniu "dzisiaj" w modlitwie Ojcze nasz pisałem tutaj).

Chodzi nie o to, aby nie troszczyć się w ogóle, ale by nie troszczyć się "zbytnio" o zaspokojenie naszych podstawowych potrzeb: jedzenia, picia, odzieży. Uwalniający od tej przesadnej troski ma być kontekst zaufania w dobroć i opiekę Boga, który wie, czego potrzebujmy.

Nadmierne troszczenie się jest działaniem tyleż bezproduktywnym (Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia?), co szkodliwym. Na równi z ułudą bogactwa, zbytnie troski uniemożliwiają wydanie duchowego plonu: Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne (Mt 13,1-23). Przesadna troska potrafi całkowicie zawładnąć naszą uwagą, zagłuszyć Boży szept, skutecznie odwracając uwagę od spraw zasadniczych, a także od potencjalnych rozwiązań.

Ważna jest również hierarchia naszych zabiegów o codzienność, tak często zaburzona. Jezus nie mówi starajcie się o wasze potrzeby, a potem - jak będziecie mieli trochę czasu - o królestwo. Mówi: Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie chodzi o to, że nasze potrzeby nie są ważne, ale o to, aby w codziennym zaaferowaniu sprawami tego świata nie zapominać o pierwszeństwie sprawach duchowych.

Minimalizm to m.in. sztuka wprowadzania ładu w nasz sposób myślenia, porządkowania uczuć, pozbywania się nie tylko rzeczy materialnych, ale także emocjonalnego balastu, który jakże często zatruwa naszą codzienność i odpowiada za "życie utrudnione".

Nadmierna troska o przyszłość rozprasza siły i paraliżuje nasze działanie w teraźniejszości. Chodzi zaś o to, aby podejmować z ufnością to, co przynosi dany dzień. Św. Ignacy Loyola mówi: Tak Bogu ufaj, jakby wszystko od Niego zależało, a nic od ciebie. I tak się wysilaj, jakby wszystko od ciebie zależało, a nic od Boga. Ważne, by podejmować codzienne wysiłki bez popadania w bezproduktywny lęk o przyszłość, w perspektywie zaufania Bogu...

21 czerwca 2016

Przenosić górę

"Gdybyście mieli wiarę tak małą jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście górze, żeby się przesunęła i to się stanie” (por. Mt 17, 20).

Codziennie uczę się przesuwać górę.

O jaką górę chodzi zrozumiałem dzięki książce Bernarda Frugi "Isrikuz. Pogodne przywództwo.":

Na medytacji prowadzonej przez benedyktyńskiego mnicha bohater książki zobaczył baner "wiara góry przenosi". Zakonnik zapytał czy wiedzą, o co chodzi z wiarą, która przenosi góry. "Wiecie, co jest największą przeszkodą? Co jest zawalidrogą naszego rozwoju? Blokadą dobrych pomysłów? Tą górą, która stoi na naszej drodze, jest nasze ego. Dopiero jak usuniesz ego ze swojej drogi, pójdziesz do przodu. To nie jest łatwe. Ego domaga się dopieszczania. Zwraca na siebie uwagę i podpowiada, co masz robić. Trudno się z nim uporać. Jest na nie sposób: wiara góry przenosi." Jeśli ćwiczysz ducha, to Twoje ego coraz mniej przeszkadza i masz czysty umysł, by wymyślać rozwiązania i podejmować decyzje.

Przygotujcie drogę Panu, Dla Niego prostujcie ścieżki! wołał Jan Chrzciciel.

Jakoś te dwa fragmenty Pisma ze sobą współgrają. Bo czy naszych ścieżek nie gmatwa właśnie ta góra naszego ego, którą musimy nieustannie obchodzić, kręcąc się w kółko za swoimi pragnieniami jak pies za ogonem?

Współczesny świat karmi nasze ego i rozdyma je do niebotycznych rozmiarów. Zasługujesz na wszystko, możesz wszystko, realizuj siebie. Łatwe prawo rozwodowe usunęło potrzebę pracy nad własnymi związkami; łatwe kredyty usunęły potrzebę finansowej samokontroli; łatwa rozrywka usunęła potrzebę uczenia się, jak organizować rozrywkę dla samego siebie; łatwe odpowiedzi usunęły potrzebę zadawania pytań...

Dla zmęczonych obchodzeniem gór własnego ego, Jezus formułuje zaproszenie: uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych.

8 czerwca 2016

O co chodzi w upraszczaniu życia

Panie, moje serce się nie pyszni
i oczy moje nie są wyniosłe.
Nie gonię za tym, co wielkie,
albo co przerasta moje siły. 
Przeciwnie: wprowadziłem ład
i spokój do mojej duszy...

Piękny psalm 131, który może być mottem chrześcijańskiego minimalizmu.

Jakże trudno zaspokoić pragnienia człowieka dzisiaj. Gonimy za pewną wizją szczęścia, sukcesu, samorealizacji. Zwykłe, codzienne życie, bez fajerwerków, nie przynosi nam zadowolenia. Tymczasem to właśnie ono jest miejscem skrojonym na naszą miarę, o ile realizujemy plan Tego, który wybrał nas przed założeniem świata.

Oczekujemy niezwykłości, ale niezwykłość (wyjątkowość) naszego życia możemy pojąć i zrealizować tylko w perspektywie naszego powołania, które nie będzie zapożyczone z kolorowego magazynu lub reklamy, podyktowane prądem mody, lecz będzie subtelnym odkrywaniem Bożych przeznaczeń. Uproszczenie życia to coś więcej niż zredukowanie liczby naszych zajęć, uporządkowanie szafy, posprzątania biurka. Chodzi o stanie się takim, jakim chciałby nas widzieć Bóg.

Przestać gonić za tym, co wielkie i co przerasta nasze siły. Zamienić logikę zdobywcy i konsumenta na umiejętność mądrej rezygnacji, poprzestania na małym i niewyszukanym. Nie gońcie za wielkością, lecz niech was pociąga to, co pokorne - nawołuje św. Paweł w liście do Rzymian. Mierzyć sukcesy dnia nie według tego, co zrobiłem, zdobyłem, osiągnąłem, jak świetnie się czuję, ale jak służyłem Bogu. To całkowita zmiana perspektywy owocująca odpoczynkiem od własnego nieustępliwego ego.



Na blogu Erem Maryi przeczytałem kiedyś dwa zdania ważne dla tego tematu:

Wola Boża jest jak najczystsze źródło. Gdy strumień naszych myśli i działań z niego wypływa, otrzymujemy gwarancję pełnej czystości i optymalnej użyteczności.

Na szczęście sens wszelkiego powołania polega na tym, że jest ono realizowane mocą, której Bóg udziela na drogę, do której zaprasza.

10 maja 2016

Drabina szczęścia

Kontynuacja poprzedniego wpisu. Siostra Emmanuelle w dalszej części swojej książki proces wewnętrznej transformacji oddaje plastycznie jako wznoszenie się po "drabinie szczęścia". Jego warunkiem jest pewne ogołocenie nazywane ubóstwem, dopiero bowiem w ubóstwie posiadania człowiek odkrywa bogactwo życia w więzi z innymi.

Początkowo s. Emmaneuelle charakteryzuje powab bogactwa, które w rzeczywistości nas zubaża. Cechuje je pogoń za dobrami materialnymi, niepohamowane poszukiwanie przyjemności i przesadne przywiązanie do ego. Inni tylko na tyle nas interesują, na ile możemy ich wykorzystać do własnych celów. Wskutek tego serce, stworzone do wzajemnej wymiany, do falowania więzi, staje się ociężałe i przytłoczone własnym ciężarem.

Na szczęście zdarza się, że dochodzi do ZWROTU, wydarzenia, w którym pojawia się pragnienie ogołocenia się z pożądań. Często chodzi o spotkanie z jakąś osobą, która potrafiła wznieść się ponad przyciąganie pieniądza i pozorów, dając pierwszeństwo wartościom społecznym, rodzinnym, ogólnoludzkim. Uderza w niej otwarcie na innych, dzielenie radości i zmartwień z tymi, którzy ich otaczają. A gdybym ja to mógł naśladować, zrobić w swym życiu ożywczy zwrot? 

Powoli wchodzimy w sferę przyciągania ubóstwa, które ubogaca. Od kiedy nasze spojrzenie nie koncentruje się wokół naszego pępka, przenosi się ono na innych ludzi. Egoistyczna brutalność, aby ciągle mieć więcej, przemienia się. Ręka już nie zaciska się na tyle, aby zatrzymać dla siebie i zjeść całe ciastko, lecz przeciwnie, otwiera się w geście dzielenia się z innymi. Nie ma już potrzeby gonić za przelotnymi bogactwami. Człowiek ubogi w złoto i w pieniądze, bogaty jest w relacje międzyludzkie. Ogołocony z pokusy zazdrości i pożądania, jest bogaty w szczęście życia.

Czyż w głębi duszy nie mamy niegasnącego pragnienia wzbogacenia się materialnego, intelektualnego lub duchowego? Dla wielu bogactwo finansowe wydaje się rogiem obfitości, automatem do dostarczenia wszelkich rodzajów szczęścia. U niektórych zdarza się, że czasami jakiś przebłysk rozdziera tę powierzchowną wizję. Wówczas spostrzegają, że obfitość przyjemności czyni ociężałym ich serce, gdy tymczasem świadoma zgoda na ogołocenie pozwala odetchnąć ich duszy. Czego poszukiwali i co znaleźli wszyscy ci, którzy wybrali ubóstwo? Chodzi za każdym razem o to, aby różnymi sposobami, poprzez ogołocenie materialne, ubogacenie duchowe, szczęście istnienia, osiągnąć ten szczyt.

Kiedy podsumowuję moją własną drogę i kiedy analizuję wspólne cechy osób, o których przygodzie skreśliłam kilka słów, przychodzi mi na myśl słowo kluczowe: WYZWOLENIE! Każdy z nas miał uczucie zerwania z pewnego rodzaju niewolnictwem, które mu nie pozwalało ujawnić tego, co było w nim najlepsze. Nie jest już zanurzony w społeczność, która mu narzuca, czego on nie podejrzewa, sposób życia, mówienia i myślenia. Nie jest już uzależniony od dominującego społecznego modelu, który mu dyktuje, jak ma się ubrać, zachowywać, bawić się, biorąc wzór z ludzi bogatych, pięknych i sławnych. Każdy ma pragnienie rozwoju własnej oryginalności poprzez osobisty rozkwit swej inteligencji, swej woli, swego serca. W przekraczaniu zatroskania o własne dobro, wybierając dobro wspólne, każdy doświadcza życiowego „plusa”.

Taedium vitae, zniechęcenie życiem, przekształca się w gaudium vitae, w radość życia. Człowiek nagi, uwolniony od bezużytecznych rzeczy, które go przygniatały, w końcu oddycha, łapie oddech i odnajduje swą pierwotną naturę. W istocie jest on tylko szczęśliwy, pozostając w prostych, harmonijnych, serdecznych relacjach z sobie podobnymi. W głębi swego wnętrza każdy człowiek odczuwa pragnienie. Jest ono w człowieku jak rozwarta otchłań. Linia podziału przebiega między tymi, którzy starają się ją wypełnić, zagarniając ją dla siebie, oraz tymi, którzy czynią z tej otchłani okazję do wyjścia poza siebie.

Problemem początkowym jest mieć właściwy osąd samego siebie. Czy to, do czego jestem najbardziej przywiązany, pozostawia, ostatecznie, uczucie pustki, braku, przemijalności? Czy oderwanie się od tego byłoby dla mnie osłabieniem lub raczej wyzwoleniem? Oto sedno sprawy. Czy muszę ogołocić się z pewnych przyjemności, z pewnych kontaktów, które w końcu są tylko jak szampan, który mnie rozwesela? Czy powinienem wybrać radość nie tak powierzchowną, którą daje głęboka przyjaźń, kiedy moje serce przepełnia poszukiwanie szczęścia dla innych? Czy mam kontynuować pogoń za pieniędzmi i przyjemnościami, czy raczej zrezygnować z ulotnej euforii, aby dać odpocznienie mej duszy w tym, co jej przywraca pokój? Od odpowiedzi na te pytania zależy wartość i sens mojego życia.

6 maja 2016

Bogactwo ubóstwa - ksiażka s. Emmanuelle

Wpadła mi w rękę niezwykła książka "Bogactwo ubóstwa" s. Emmanuelle (1908-2008), która 22 lata spędziła w slumsach Kairu. Czytam i na gorąco notuję, przekazując Wam w skrócie pełne mądrości, trafiające w sedno, przesłanie wsparte nie o górnolotne teorie, lecz wieloletnią praktykę ubogiego życia i obserwację ludzi ubogich.

Pierwsze rozdziały książki dotykają problemu ubóstwa i jego różnic pomiędzy bogatą Północą i biednym Południem. W drugiej części książki s. Emmanuelle opisuje swoją "drabinę do osiągnięcia szczęścia", utrzymując, że można być szczęśliwym i mieć się dobrze, będąc ubogim.

Pierwsze, co uderza s. Emmanuelle po powrocie do Francji, to ukryty brak zadowolenia wśród komfortu krajów bogatych, kontrastujący z prostą, promienną radością najuboższych. Czyżby ubóstwo było bogactwem dającym szczęście, a bogactwo było destrukcyjne? Czyż nie jest codziennym stwierdzeniem, że spotykamy częściej bogactwo serca powiązane z ubóstwem materialnym i odwrotnie, ubóstwo serca połączone z bogactwem materialnym? - pyta s. Emmanuelle.

Ubóstwo bogactwa polega na tym, że ile razy dłoń się zamyka, zaciska się zdecydowanie na wszystkim, co do niej należy. Ogarnia nas paniczny lęk: uwaga, żeby czegoś nie zgubić, żeby nie dać się okraść! Zdaniem siostry u źródeł problemu leży poczucie własności, które wprowadza nieufność wobec drugiego człowieka. Ogradzamy swoją ziemię i serce, zamykamy się w czterech ścianach. Kiedy człowiek gromadzi dobra materialne, traci zarazem prosty i serdeczny kontakt ze swym naturalnym otoczeniem. Pewien rodzaj bogactwa jest źródłem "pustynnienia": pojawia się samotność, rozpacz, głęboki brak bezpieczeństwa, pragnienie ucieczki.

Czyżby człowiek miał potrzebę uwolnienia się z tego nadmiaru, który go przeciąża, aby stanąć w prawdzie? Czy miałaby się ona odsłonić w pozbawieniu majątku, który go obciąża? Czy stan pierwotnego ukazania się człowieka w swej specyficznej ludzkiej naturze nie nazywa się "ubóstwem"? To ubóstwo - czyż nie jest oswobodzeniem od zbyt przygniatającego ciężaru? Ale uwaga! Nie jest ideałem poszukiwanie całkowitej nagości slumsu. Nie jest również ideałem tracenie całej swej energii na przesadne gromadzenie, powierzchowną inflację. Ideałem jest przede wszystkim cieszenie się po prostu tym, co się ma, i tym, kim się jest, bez porównywania się z innymi. Skoncentrowanie się na relacjach międzyludzkich. Mieć czas na bezinteresowną wymianę myśli, dzielić się serdecznie z tymi, którzy nas otaczają. Ten sposób życia jest wynurzeniem się życia i ono jest "bogactwem".

Dawanie i otrzymywanie całych ton miłości napełnia nas takim bogactwem, że reszta wydaje się tylko urojeniem. Przeżywanie każdej ulotnej chwili w harmonii ze swym otoczeniem wymaga jednak uczynienia  z siebie samego terenu dziewiczego, otwartego, wolnego od obciążenia egoistycznymi pragnieniami, które są w sprzeczności z wymarzonym, wzajemnym zrozumieniem. Ten dziewiczy teren to "ubóstwo serca". To miejsce, w którym człowiek jest nagi, ogołocony ze wszystkiego, co nie jest nim samym. Tu, u samego korzenia, odnajdujemy nieodpartą potrzebę istoty ludzkiej: posuwać się naprzód w łączności z innymi istotami ludzkimi.


Zewnętrzna obfitość blokuje wewnętrzne odprężenie, które nie jest powierzchowne, lecz wypływa z najbardziej głębokiej warstwy osobowości. Tak więc za cenę pewnego ogołocenia otwiera się droga do szczęścia. Ciąg przyjemności nie napełni serca. To jest błędne koło, które powoduje frustrację. Staramy się szukać zapomnienia w tym, co się nazywa wg Pascala "rozrywką", kiedy "dąży się do spokoju przez niepokój" (Myśli 139). Jeżeli nie jest to możliwe, czynimy otoczenie odpowiedzialnym za złe samopoczucie i zrywamy mosty.

Co mam powiedzieć każdemu? - pyta s. Emmanuelle. Wyzwól się z twego szalonego przywiązania do tylu rzeczy niepotrzebnych do szczęścia. Chodzi o ubóstwo ducha, o oderwanie się w poczuciu radości. Chodzi o to, by nie robić z komfortu ostatecznego celu naszej egzystencji, lecz aby otworzyć się na innych, dzielić się chętnie z nimi, umieć pogodnie obejść się bez takiego czy innego przedmiotu, bez jakiejś pięknej podróży. Doznajemy wtedy stanu ubóstwa ducha, uwalniamy się od pożądań. Trzeba w istocie umieć płynąc pod prąd, spokojnie, pozbywając się pozorów, aby dotrzeć do tego pierwotnego źródła, które stanowi o człowieku.

Dlaczego znowu i znowu gromadzić? Ubogi idzie przez życie beztrosko, nie kłopocząc się, co przyniesie kolejny dzień. On w pełni żyje chwilą obecną. Proste, niedostrzegane momenty życia, które tworzą konstelację jego dnia, przyjmuje z otwartym sercem.

W slumsie można by powiedzieć, że zrzucam skórę, nie ma więcej śladu mojego ego - nie doświadczam już "mieć", lecz "być". Jestem częścią ludzkości, z którą oddycham, jem i śpię, myślę i rozmawiam. Jestem uboga w materialne dobra i bogata w radosną i dzieloną z innymi witalność. Nie żyję już moim indywidualnym rytmem, z konieczności ograniczonym i zawężonym, lecz jakby rytmem natury człowieka.

Jak trudno jest nie pogrążyć się w materialnym bogactwie! Wyciąga ono swe uwodzicielskie ramiona, kusi ciągle nowymi przyjemnościami, czaruje i każe płonąć pragnieniem posiadania coraz więcej, nakłania do rozrywki. "Ja" staje się wówczas centrum świata. Odcięty od głębokiej relacji z bliźnim, człowiek ubożeje. Staje się mniej społeczny, mniej związany z grupą, ze wspólnotą.

"Błogosławieni ubodzy w duchu", nauczał Jezus Chrystus. Tak. SZCZĘŚLIWY ten, który się ogałaca, który pozwala, aby się w nim ukazał człowiek prawdziwy, człowiek nagi, człowiek braterski, człowiek, którego największym dobrem są jego relacje z innymi. Życzę ci, przyjacielu, czytelniku, abyś dołączył do bractwa błogosławionych, tych, którzy nie wierzą w to, że ich tożsamość jest zbudowana na materialnych, duchowych, intelektualnych bogactwach, lecz na bogactwie ich przymierzy.